Oprócz ogrodów założonych dużym kosztem przez specjalistyczne firmy do Konkursu stanęły dzieła osób 0  raczej skromnych dochodach – wymyślone, założone i pielęgnowane przez właścicieli. Często z bardzo dobrym efektem.Swoimi spostrzeżeniami dzieli się Julian Łukasz – projektant i wykonawca ogrodów przydomowych.

Kiedy zwiedzałem ogrody zgłoszone do naszego Kon­kursu, przychodziły mi na myśl słowa Józefa Strumiłły z jego, wydanego już prawie dwa wieki temu, dzie­ła „Ogrody północy”:

„Nie mało postrzegamy w kraju dworów zamożnych, gdzie dom i inne budowle chociaż najporządniejsze, dla braku jednak drzew i ogrodu, jałowy i ponury obraz przedstawiając. Są to niedogodności, które każdy właści­ciel czuje i na nie narzeka, a rzadki coby przyłożył cokol­wiek usiłowania dla zaradzeniu złemu. Bardzo często słychać można powtarzających »że Panom to tylko wiel­kim ogrody mieć należy, a nie prostemu ziemianinowi. Zdanie to więcej dowodzi lenistwa i niewiadomości, niż kosztu i trudności przedsięwzięcia. Że Panom możnym ogrody mieć przystoi, nie idzie, żeby ich mniej bogatym mieć nie należało. Łacniej bym się zgodził, iż pierwszym większe, ozdobniejsze, a zatem więcej nakładu wyma­gające właściwie. Każdy według stanu i przemożności swej działać może i powinien: choć więc nie majętny, może się ogrodem zatrudniać, zwłaszcza, gdy przy wido­ku dla miłego wejrzenia, znajduje się użytek”.

■ Skromność kontra gadżety

Mile by się zdziwił pan Strumiłło, gdyby miał oka­zję zobaczyć to, co ja ujrzałem. Oprócz bowiem ogrodów założonych dużym kosztem przez specjali­styczne firmy, do Konkursu stanęły również dzieła osób o raczej skromnych dochodach – wymyślone, założone i pielęgnowane przez właścicieli. Często z bardzo dobrym efektem. Powiem więcej: chociaż w ogrodach robionych przez dyplomowanych fa­chowców widać pewien charakterystyczny sznyt, ogrody amatorskie (po francusku słowo amateur znaczy: miłośnik) bywają często bardziej zadbane i wielce oryginalne.

W ogrodzie, który wzruszył mnie najbardziej, nie by­ło ani jednego kosztownego gadżetu. Czarował za to skromnością i prostotą wymuszoną – jak łatwo się domyśleć – ograniczeniami finansowymi. Rzucała się w oczy jego wyrafinowana elegancja, nieobecna za­zwyczaj tam, gdzie w parze idą zły gust i duże pie­niądze. Można więc optymistycznie stwierdzić, że najszlachetniejsze hobby, jakim jest zakładanie i pie­lęgnacja ogrodu, nie wymaga wcale wielkiej fortuny. Wystarczą: miłość do roślin i dobre chęci. Nie wskazuję mego faworyta, choć jest wśród nagro­dzonych. Czynię tak dlatego, że nie ufundowałem żadnej nagrody od siebie. Poza tym, skoro byłem jed­nym z sędziów, nie wypada mi się sprzeciwiać wyro­kom całego zespołu. Sądzę jednak, że uważny czytel­nik wypatrzy ogród, który mam na myśli.

■ Siły i zamiary


Umiejętność dostosowania zamiarów do możliwości wydaje się – z perspektywy tegorocznych, konkurso­wych doświadczeń – bezcenna. Widzieliśmy bowiem również duże ogrody poczęte z wielkim rozmachem, gdzie niewiele było na razie do oglądania. Aby sobie uzmysłowić ostateczny efekt, trzeba było mocno ru­szyć wyobraźnią, wsłuchując się jednocześnie w obfi­te wyjaśnienia właścicieli.

Józef Strumiłło tak komentował podobne zjawiska w zamierzchłej przeszłości:

„Przy zakładaniu ogrodów, gust właściciela i domowe je­go stosunki, kierować będą zarysem. Właściciel mając przed oczami plan ziemi, którą na ogród przeznacza, za­kreślić go powinien stosownie do swych możliwości i do­chodów; od pierwszego bowiem zarysu wszystko zależy: cząstkowe zaś rozprzestrzenianie i kształcenie foremności, ogółowi szkodzą. Dlatego obejrzawszy się na sity swoje i zapewniwszy się o sposobach wykonania, że ta­kowe uszczerbku rolniczemu gospodarstwu nie przyczy­nią, wytknie ogrodowi swemu stosowne granice. Lepiej przestać na małym i jego upięknić, niżeli mając ogród wielki, źle go utrzymywać”.

■ Pieniądze szczęścia nie dają

Myślałby kto, że niżej podpisany uważa, iż pieniądze nie tylko nie przynoszą szczęścia, ale i uniemożliwia­ją urządzenie dobrego ogrodu. Otóż nic podobnego! Wszystkim Państwu (i sobie też) życzę jak najwięcej grosza. Weźmy jednak pod uwagę, że często ten, kto ma go więcej, robi również większe głupstwa. Autor „Ogrodów Północy” wiedział o tym doskonale:

„Nic nudniejszego, jak kiedy ogród zapchany altankami, grotami, domkami, do których przyszedłszy nic innego znaleźć nie można jak wilgoć, pająki, kurzawę lub ławkę starą, na której nikt nigdy nie siadał. To samo i o napi­sach uważać potrzeba: kiedy są trafne, dowcipne, stosow­ne do miejsca i okoliczności, kiedy są rzadkie, krótkie i w dobrym smaku, każdego zastanawiają i bawią; lecz kiedy je tuzinami sypią, kiedy są zbiorem słów a nie my­śli, to lepiej, żeby ich nie było. Mostki, kładki, ławki i inne przystrojenia, równie ze smakiem i zręcznie trzeba roz­rzucać, nigdy bez celu, nigdy bez przyczyny. Wtedy cał­kowitość ogrodu czyli krainy, ma związek i harmonią, na którą patrząc, nie tylko oko mile spoczywa, ale nawet du­sza rozkosz znajduje”.



■ Polowanie na krasnale

Od tamtych czasów przybyło mnóstwo nie znanych wcześniej pokus. Znikł jedynie zwyczaj ozdabiania ogrodów rytymi w kamieniu sentencjami. Natomiast wybór niedrogich altanek, mostków, ławek, plastiko­wych i betonowych waz, sztucznej fauny wykonanej z precyzją przewyższającą naturalne wzorce, a nawet wiecznie kwitnących i niezatapialnych, plastikowych nenufarów – nie ma chyba precedensu w dziejach ludzkości. Mody na różne ogrodowe cudeńka będą się zapewne zmieniać, a ich sprzedawcy jeszcze nie raz zaskoczą nas różnymi super-nowościami. Jakoś – ó dziwo – żaden z Czytelników, którzy ze­chcieli podzielić się z nami swymi ogrodowymi osią­gnięciami, nie skorzystał z bogactwa oferty producen­tów plastikowych i gipsowych krasnali. W żadnym ogrodzie nie znaleźliśmy też kaczek z tworzyw sztucznych ani równie rozkosznych bocianów polują­cych na gumowe żaby.

■ Ścieżki-autostrady

Bogatszym właścicielom szykownych ogrodów udało się – z dobrym skutkiem – ograniczyć wydatki na wątpliwej jakości prefabrykowane ozdoby. O ich za­możności świadczą coraz częściej gigantyczne roz­miary sadzonych w ogrodzie roślin – wyrośniętych egzemplarzy z importu. Natomiast wyraźnie widać zanik zainteresowania kostką betonową, która – jesz­cze kilka lat temu – traktowana była jak rarytas. Kła­dziono ją wówczas w najelegantszych ogrodach, w najbardziej reprezentacyjnych miejscach. Wśród zgłoszonych do Konkursu ogrodów niewiele było też wnętrz w „stylu autostradowym”, wypełnio­nych brukowanymi ścieżkami obsadzonymi licznymi lampkami w celu wywołania efektu rzęsiście oświe­tlonego pasa startowego.

■ Klęska rzepy i grochu

Jedno jeszcze zdaje się zmieniać w ogrodach na do­bre: zanika podział na część „użytkową” i „wypoczyn­kową”. Być może coraz więcej ludzi zdaje sobie spra­wę, iż własne ziemiopłody pojawiają się masowo na

grządkach mniej więcej w tym samym czasie, co na straganach, więc efekt ekonomiczny jest raczej mier­ny. A może przekonali się, że czas potrzebny do upra­wy, na przykład rzepy i grochu, to też pieniądz? Tam jednak, gdzie nie wygasł jeszcze pociąg do własnych warzyw, tak zwana „część użytkowa” jest starannie maskowana. Dzięki temu wszystkiemu otoczenie do­mu ma szansę stać się całością służącą nie tylko re­laksowi w „części wypoczynkowej” – po pracy w „części użytkowej”, lecz zwyczajnie ozdobą miej­sca zamieszkania.

■    Triumf sadzawki i wodospadu

Drugie zjawisko, które wyraźnie nie jest sezonową modą, to triumf żywiołu wody w sadzawkach i wodo­spadach, będących do niedawna rzadkością. Dzięki ogólnie dostępnym i łatwym w użyciu, w mia­rę niezawodnym materiałom, pompom, impregnatom i zaworom okazuje się dzisiaj, że ogrody bez jakiej­kolwiek wody są w znacznej mniejszości. Natomiast w miejsce tak zwanego „tuczu przyzagrodowego” rozwija się obecnie żywiołowo hodowla karpi koi, złotej orfy, karasi szingun i innych „zwierząt” wod­nych. Kiedyś gospodyni wychodziła przed dom syp­nąć kurom plew z zapaski. Dzisiaj sypie – tym samym gestem – karmę złotym rybkom, zbiegającym się – jak niegdyś kury – na brzeg sadzawki. Z obecności wody w naszych ogrodach jest – oprócz radości z hodowli rybek – jeszcze jeden pożytek. Przed paroma dziesiątkami lat zaczął się u nąs upowszech­niać model „ogrodu wypoczynkowego”, składającego się głównie z dużej połaci trawnika oraz roślin zimo­zielonych (tak zwanych „iglaczków”). Przybierał on jednak prawie zawsze postać nudnego boiska obsadzo­nego na obwodzie krzakami. Było to okrutnie nudne i jednostajne.

Tymczasem duże sadzawki – z racji swej urody i roz­miarów – coraz śmielej wpychają się na środek ogro­du, przełamując boiskowy schemat obowiązujący w minionych latach. Pojawiają się nad nimi miniaturo­we drzewka, kamienie i kępy roślin wodnych. Okazuje się więc, że wnętrze ogrodu wcale nie musi wyglądać jak plac apelowy.

■    Dekorowanie i raczkowanie

Wypada też wspomnieć o pewnych – dość niestety powszechnych – mankamentach naszych ogrodów. Tak jak dawniej, również teraz uwaga szanownych Pań i Panów ogrodników – niezależnie od ich prowe­niencji i stopnia profesjonalizmu – skupia się na de­korowaniu ogrodowego wnętrza, bez specjalnej tro­ski o ogólną kompozycję. Ale i to przecież może się zmienić, tak jak wiele zmieniło się od czasów księż­nej Izabeli Czartoryskiej, która tak pisała w swoich

„Kilku uwagach o zakładaniu ogrodów”: nie raz trafiło mi się pytać, czy iest iaki ogród w miejscu, o którem słyszałam, że ładne i sposobne do tego. Na to mi właściciel z przysadą, czasem i z naśmiewaniem odpo­wiadał: Taki jest ogród, iak powinien bydź u Szlachcica; iest kapusta, marchew, cebula … ot zwyczaynie, iak na partykularzu”.

W tak zwanym minionym okresie największymi osią­gnięciami sztuki ogrodowej były Parki Kultury i Wy­poczynku oraz zieleń osiedlowa. Prawdziwie osobiste i intymne bywały w socjaliźmie wnętrza mieszkań. Ogrody – teraz dopiero raczkują. Dlatego trudno – na razie – o obfitość osiągnięć w tej dziedzinie, choć i na nie wkrótce przyjdzie pora.

■  Trawnik przy kuźni

Dzięki Konkursowi przeżyłem jeszcze jedno miłe zasko­czenie: w pewnej wsi nieopodal Poznania ujrzałem wy­jątkowy trawnik. Powstał on na podwórzu do niedaw­na czynnej kuźni. Był efektem tylko i wyłącznie kosze­nia tego, co samo z siebie na nim rosło. Bez spulchnia­nia, siania i innych podobnych zabiegów powstał tam trawnik, do którego nie umywa się mój własny. Na na­szych oczach strzygł ten trawnik pewien pan, o którym mogę chyba powiedzieć – bez żadnej dla niego obrazy – że jest osobą skromną i niezamożną. A trawnik ma jak hrabia!

Takich podwórek jest w Polsce mnóstwo. Cieszymy się, gdy są przynajmniej pozamiatane i nie walają się na nich rdzewiejące części maszyn rolniczych. Tymczasem wystarcza – jak widać – odrobina dobrej woli i pojawia się w takim miejscu wykwintny trawnik, lepszy od za­kładanych „z rolki” i strzyżonych kosiarkami spalino­wymi z przerzutką.