Budowa drugiego domu to komfort Doświadczenia związane z budową pierwszego powinny pozwolić na szybkie 1 łatwe wybory oraz oczywiste decyzje. Ale czy tak jest naprawdę?
Wcześniej opisałam swój dom, zbudowany w 1989 roku. Napisałam, co mi się w nim podoba, czego brak, a co było błędem. Z jednej strony było to podsumowanie i ocena własnych wyobrażeń o domu i ich realizacji, z drugiej zaś chciałam podpowiedzieć wszystkim budującym, gdzie mogą kryć się pułapki, co jest ważne, co dobre, a co nie. Zaproponowałam wtedy, aby wszyscy, którzy mają przemyślenia na temat zbudowanych lub budowanych domów, napisali do nas. Wyobrażałam sobie, że zasypią nas Państwo listami z barwnymi opowieściami o własnych doświadczeniach – żeby się pochwalić, pożalić oraz przestrzec innych. Ja osobiście miałam ogromną ochotę dzielenia się z innymi swoimi przemyśleniami. Nie otrzymaliśmy jednak żadnego listu o zbudowanym domu ani o jego budowie. Dostaliśmy za to mnóstwo listów z podziękowaniem za tamte zwierzenia. A to oznaczało, że były potrzebne. Potrzebne, bo nie teoretyczne, a praktyczne i szczere. Być może pozwoliły one komuś uniknąć błędów, nie wydać pochopnie pieniędzy, spojrzeć innym okiem na swój problem, przemyśleć wszystko raz jeszcze. Każdy, kto skończył budowę pierwszego w życiu domu, wzdycha: „Następnym razem będę wiedział, co zrobić lepiej”. A po paru latach użytkowania wiedza o domu jest znacznie bogatsza. Wtedy pojawia się więcej uwag pod adresem projektu, funkcji, rozkładu, elewacji czy rachunków za ciepło. Pierwszy dom – tak jak pierwsze dziecko – jest królikiem doświadczalnym. Nie każdemu jednak dane jest budować kolejny dom w życiu.
■ Wybory
Buduję drugi dom w życiu. To bardzo komfortowa sytuacja – daje szansę realizacji marzeń. Marzeń fantastycznych, ale tym razem już racjonalnych. Budując pierwszy dom, nauczyłam się wiele. Ale znacznie więcej wiedzy o idealnym domu dostarcza mieszkanie w nim. Po 10 latach życia w pierwszym domu dokładnie wiem, jakie ma wady, gdzie popełniłam błędy i jakie są tych błędów konsekwencje. Ciesząc się myślą o nowej budowie, marząc i planując, naiwnie myślałam, że budowa drugiego domu będzie prosta, a wszelkie wybory i decyzje – oczywiste. Przez ostatnie 10 lat w budowaniu domów w Polsce zmieniło się wszystko. Kiedy ja budowałam swój dom, nie było nic. Nic bez problemu, bez przydziału, bez stania w nocy, bez załatwiania. Pod jednym względem było prościej: wszystko, co udało się kupić, wystać, zdobyć, musiało być dobre. I było. Na tamte czasy. Dzisiaj można wybierać, ale z luksusu wyboru wynikają zupełnie inne problemy. Zwłaszcza w naszej rzeczywistości budowlanej.
■ Wielkość i standard
Każdy, kto przystępuje do budowy domu, a ma ograniczone możliwości finansowe, musi wiedzieć, na co go stać. Na czym najbardziej mu zależy. To podstawowy wybór. Wybór między lepszą i gorszą lokalizacją, mniejszą lub większą działką, systemem budowy (system gospodarczy, deweloper, spółdzielnia), finansowania (kredyt, pożyczka od rodziny, własne oszczędności, bieżące wpływy), oraz wybór, chyba za rzadko uświadamiany i dyskutowany w rodzinach – wielkość i standard domu.
Przez 10 lat mieszkałam w ogromnym domu (280 m2 dla 4 osób) i w stosunkowo niskim standardzie – nie wykończone poddasze, rozgrzebana łazienka, zimna podłoga z terakoty, nie otwierające się okna, krzywe ściany, kłopoty z ciepłą wodą, sypiąca się elewacja, rozsychająca podłoga (nie wysuszony parkiet III klasy). Do czasu ten dom byl najlepszy i kochany. Teraz, gdy mogę wybierać jeszcze raz, wybieram dom mały (115 m2 dla 4 osób), a standard zdecydowanie wyższy. Jeśli nie stać mnie na wszystko, to z czegoś muszę rezygnować. Świadomie, z pełnym przekonaniem i z ulgą rezygnuję z powierzchni. Dom to miejsce życia rodziny. Rodzina nie powinna szukać się po piętrach i ginąć w zakamarkach. W dużym domu konieczność pokonania przestrzeni często staje się barierą kontaktu z resztą rodziny. W dużym domu trzeba do siebie krzyczeć. W małym można do siebie mówić albo szeptać. Albo ze sobą być. Zaoszczędzone na metrach kwadratowych pieniądze wydaję z ogromną przyjemnością na to, o czym dotychczas mogłam tylko pomarzyć. Ale dla innych wciąż najważniejsze są metry powierzchni. To one mają wartość na rynku nieruchomości. Znacznie mniej liczy się standard. Jest to zapewne kwestia czasu.
■ Dobrze policzyć
Czy komuś w Polsce udało się zbudować dom bez przekroczenia założonego budżetu, a przy tym otynkować go, urządzić ogród, nie zrezygnować z luksusu urządzenia kuchni i łazienki od razu? Budżety mają to do siebie, że zawsze są za małe. Dziś, gdy prawie każdy bank ma dla klientów ofertę kredytową, można zadłużyć się na całe życie albo … wcześniej dobrze policzyć.
Połowa polskich domów świadczy o tym, że najmniej ważne jest to, co na zewnątrz. Dlaczego? Bo nikt z przyszłych właścicieli nie policzył dokładnie, ile naprawdę będzie go kosztować dom. Nie stan zerowy, surowy, czy nawet tak zwany „dom pod klucz”. Dom naprawdę wykończony, umeblowany, wyposażony. Dopiero taki rachunek daje obraz kosztów. Dopiero taki budżet można okrawać, przystosowując go do swoich możliwości i potrzeb. Z takiego obrazu wynikać będą relacje – albo nowe meble kuchenne, albo dodatkowe 10-20 m2. Albo kominek, albo salon większy o 4 m2, albo dom krótszy o 1,5 m i nowoczesny, energooszczędny kocioł c.o., albo dom dłuższy i piec najprostszy z możliwych itd. Jeżeli zbudujemy dom dwukrotnie za duży, to nigdy w życiu już go nie zmniejszymy. Zainwestowane, wbudowane pieniądze nigdy nie przyniosą odsetek. Jeśli wydamy wszystkie pieniądze na ściany, to może zabraknąć na „przyjemności”. Wiem ze swoich doświadczeń, że zawsze zabraknie, ale dobrze jest wiedzieć o tym wcześniej.
■ Sama ze sobą
Pierwszy dom budowałam sama. W tak zwanym wtedy systemie gospodarczym. Drugi buduje deweloper. I wtedy, i teraz większość decyzji muszę podejmować sama. 10 lat temu podejmowałam decyzje od początku do końca. Wybrałam architekta, technologię, tempo budowy, kolejnych fachowców. Decydowałam o wszystkim i odpowiadałam za wszystko na każdym etapie budowy. Pretensje mogłam mieć wyłącznie do siebie.
Dziś, kiedy wybrałam firmę budującą dom i jedną z oferowanych przez nią lokalizacji, teoretycznie decyduję tylko o sprawach przyjemnych, to znaczy dotyczących wyposażenia i wykończenia domu. Teoretycznie – dlatego, że gdybym decydowała się na standard oferowany przez wykonawcę, mogłabym zastanawiać się tylko nad ustawieniem mebli i kolorem wykładziny.
Resztę w ramach umowy oddania domu „pod klucz” załatwiałaby firma i jej fachowcy. Praktycznie – standard „pod klucz” nie może chyba nikogo zadowolić. Dlatego sama zmieniam projekt wnętrz, zamawiam dodatkowe okna, wybieram system ogrzewania, podgrzewania ciepłej wody, rysuję projekt elektryczny, kupuję krany, klepkę, wannę i myślę o mnóstwie innych spraw.
■ Sprzedawca nie pomoże
Mam sporo wyborów przed sobą. Wyborów estetycznych, finansowych i, co równie ważne, wyborów technicznych, których skutki w postaci komfortu życia albo wysokości rachunków za ogrzewanie będę odczuwać przez lata.
Ze swoimi problemami czuję się samotna. Nikt nie umie (bo nie zakładam, że nie chce) mi pomóc. Dotyczy to głównie dwóch problemów – ogrzewania i podgrzewania wody. Dodatkowe utrudnienie: mogę myśleć wyłącznie o energii elektrycznej. Taka okolica. Okazuje się, że każdy dom to indywidualny problem i trudno o receptę uniwersalną. Nikt nie ma doświadczeń, więc jak w czeskim filmie – nikt nic nie wie. Mimo stałego, uważnego czytania „Muratora” już od 150 numerów, mimo rozmów z ekspertami firmy, która buduje mi dom i – zapewne – również z powodu wielu rozmów w sklepach i hurtowniach, nie wiem, co wybrać. Okazuje się, że w mojej sytuacji „nie wiadomo, co zrobić”. A problem jest prosty albo w ogóle go nie ma. Po pierwsze zapotrzebowanie ciepła znam „na oko”. Po drugie deweloper ma podgrzewacz i grzejniki bez znaku bezpieczeństwa B. Wiem, że bez takiego znaku nie wolno.
Boję się, więc rezygnuję. A to oznacza, że muszę radzić sobie sama. Czy ogrzewać wszystkie pomieszczenia podłogowymi kablami grzewczymi („proszę pani, to się nadaje tylko do podgrzewania podłogi”, „jeśli chce pani zbankrutować, to niech pani sobie to położy”), czy powiesić elektryczne grzejniki konwektorowe („przy dzisiejszych cenach bym nie polecał”, „takie ogrzewanie domu to samobójstwo”, „jeśli nie ma pani uczulenia na kurz, to może pani spróbować”), czy zainstalować piece akumulacyjne nowej generacji („to jedyne rozwiązanie, jeśli ma pani nocną taryfę”). Nie wiem, czy mogę mieć nocną taryfę, bo żeby wystąpić o przydział, muszę być zameldowana, żeby się zameldować, muszę skończyć dom i zamieszkać. Żeby zamieszkać, muszę mieć całą instalację grzewczą, czyli poprowadzić kable 380 V i kupić piece akumulacyjne po około 2500 zł za jeden. A i tak nie wiem, czy dostanę przydział tańszego prądu, bo w zasadzie nikt nie dostaje, chyba że ma rodzinę w energetyce albo jest kombatantem. Ja nie mam ani nie jestem.
Jakoś muszę ogrzać dom i pewna jestem tylko tego, że będzie to na pewno czarna, skromna, skandynawska koza w pokoju dziennym. Piec starego typu na drewno, przy którym można siedzieć cały zimowy wieczór i patrzeć na ogień za szybą. W kuchni i łazience kable grzewcze. A do reszty pomieszczeń wybiorę chyba elektryczne grzejniki ścienne (płytowe, nie konwektorowe, bo jednak nie chcę mieć krążącego kurzu), ale będę mieć problem, gdzie je powiesić w małym wnętrzu.
Następny mój problem, rozbudzony przez artykuły w „Muratorze”: czy temperaturę regulować centralnie czy indywidualnie? Decyzję muszę podjąć, zanim wykonawca położy suche tynki. Nie wiem, czy warto. Kiedy czytam, to nie mam wątpliwości. Kiedy rozmawiam z tymi, którzy sprzedają, mam. Następny dylemat: podgrzewanie wody. Też muszę elektrycznie. Na cały dom mam przydział mocy 21 kW. To jest ograniczenie. Fachowcy radzą podgrzewacze przepływowe w każdym miejscu poboru wody, bo wtedy nie ma strat. Nigdy w życiu nie starczy mi na to mocy. Bo i kuchenka elektryczna, i pralka, i suszarka, i grzejniki. W starym domu miałam problemy. W zimie, kiedy ktoś brał prysznic, trzeba było czasem wymieniać korek elektryczny, bo przegrzewała się instalacja. W lecie obowiązywała umowa: kiedy ktoś się kąpie, nikt nie zmywa. To jest mało komfortowe. Nie chciałabym mieć takich problemów w nowym domu. Jak nie podgrzewacze przepływowe, to może podgrzewacz zasobnikowy? Jeden czy trzy, w każdym punkcie poboru wody osobny? Co bardziej opłacalne? Czy straty ciepła w małym domu mogą być duże? Nie mam doświadczenia i sama nie wiem, ile potrzebuję litrów na cztery prysznice na raz. Dowiaduję się z różnych źródeł, że wystarczy 150, 200, 300 litrów. Ale to ja mam wybrać i nie wiem, co. Duży podgrzewacz wymaga dużo miejsca (może stanąć jedynie w garderobie koło łazienki), zabierze mi więc cały metr kwadratowy cennej powierzchni. Mały zmieści się nawet w szafce kuchennej, ale trzy małe są dwukrotnie droższe od jednego dużego. Wybierając trzy, zarabiam za to na rozprowadzeniu przewodów. Coś wybiorę, ale czy nie będę żałować?
■ Płacić dwa razy?
Kłopoty z wykonawcami nie przeszły u nas do historii. Nawet jeśli reprezentuje mnie (teoretycznie) tak zwany deweloper, to i tak sama muszę wszystko sprawdzać i kontrolować. I podwykonawców, i dewelopera. Chwilami nawet muszę patrzeć na ręce wykonawcom, którym powierzam moje pieniądze, zanim efekt ich pracy zniknie na zawsze z widoku. Stałym elementem zabawy w budowę domu jest wysłuchiwanie opinii rzemieślników na temat fuszerki poprzednich i ich ciężkiego losu polegającego na nadrabianiu za innych. Mało pocieszające jest, że po nich też ktoś zwykle nadrabia. Radą na fuszerki jest dobrze spisana umowa (polecam też płacenie po, a nie przed) i osobiste doglądanie, a na końcu – fachowy odbiór robót. Jeśli się na czymś nie znam, to wolę, żeby robotę zobaczy! ktoś, kto ma pojęcie, a do kogo mam zaufanie. Błędne koło partackiego wykonawstwa toczy się prawie bez zmian, jak obserwuję to już od dziesięciu lat. Im wyższy stopień komplikacji i wymaganej precyzji robót, tym gorzej.
Czasami zjawia się jednak profesjonalista, kompetentny, punktualny i wymarzony. Na takich też warto uważać. Zwykle robią doskonałe wrażenie i roztaczają przed klientem wizję katastroficznego rozwoju wypadków, jeśli nie skorzysta z ich usług (za które trzeba słono zapłacić). Trzeba być odpornym albo doświadczonym. To technika. Brzmią wiarygodnie, a na to można się nabrać.
■ W końcu podjąć decyzję
Nie jest mi wszystko jedno, co stanie się wyposażeniem mojego domu, na które będę patrzeć i z którego korzystać będę codziennie. To oczywiste, że będę szukać najlepszego. Najładniejszego. Jeśli nie zachwycę się czymś od razu i nie poczuję się zdeterminowana – „to – albo nic innego”, poszukiwania trwać mogą w nieskończoność. Tym czymś poszukiwanym może być terakota, materiał na zasłony, meble do kuchni, krany, lampy, klamki, kontakty i wszystko inne. Ja na swojej liście rzeczy do wybrania i kupienia odnotowałam ponad sto pozycji (do wglądu). Poszukiwanie i dążenie do perfekcji wyboru takiej liczby różnorodnych rzeczy doprowadzić mogą do znacznego opóźnienia przeprowadzki. Musi nadejść taki moment, kiedy po dniach poszukiwań wiem już co, gdzie i za ile podobało mi się najbardziej. Wystarczy pojechać, zamówić lub kupić. Polecam zwiedzanie sklepów z notesem i ołówkiem. Nie zapisane ceny, wymiary, adresy stają się ogólne i nierozróżnialne. Więc niewiarygodne. Do notatek łatwo wrócić i wszystko odtworzyć.
■ Niczego nie żałować
Wypróbowałam na sobie. Jeżeli na coś się zdecydowałam, zapłaciłam, odebrałam, to muszę mieć do siebie zaufanie. Były powody, że właśnie to, a nie inne. Warto zaakceptować wybór i skupić się na innych sprawach. Najgorsze, co można zrobić, to pozwolić sobie (dla zaspokojenia własnej ciekawości) dalej penetrować sklepy, podglądając, co ile kosztuje i upewniając się co do słuszności decyzji. Po co narażać się na przypadkowe wypatrzenie terakoty ładniejszej i tańszej, kiedy fachowiec już kończy układanie tej, która podobała mi się jeszcze wczoraj?
Sama, mieszkając w poprzednim domu, przekonałam się, jak ważne jest akceptowanie i lubienie tego, co tworzy dom. A jeśli się znudzi, wszystko można zmienić. Ale po co od razu?
■ Zrobić wszystko i wykończyć
Mówi się, że prowizorka jest najtrwalsza. Z tej mądrości wynika bardzo praktyczna uwaga: czego nie zrobię od razu, towarzyszyć mi będzie jak wyrzut sumienia, miejsce, które obchodzę, którego nie lubię. Myślę tu i o rzeczach poważniejszych (jeśli nie mam pieniędzy na wykończenie garażu, to może wystarczy mi porządna wiata) i o drobiazgach (nie przybita listwa wykończeniowa, nie domalowane drzwiczki, wystające kable). W starym domu przez lata żyłam z prowizorycznymi schodami, kompletnie niewykończonym poddaszem, bez podsufitki w dachu. I już mam dosyć. Chciałabym, chociaż nie wiem, czy to możliwe, żeby w nowym domu wszystko było gotowe od razu. Nie zostawię żadnego pomieszczenia do wykończenia „na później”: razem z domem powstanie taras, ogrodzenie i ogród. Nawet, jeśli będzie to oznaczać rezygnację z części planów, chcę, żeby było skromniej, ale wszystko.
■ Rzeczy pilne i ważne
Jeśli mnie na coś nie stać, to szukam rozwiązań zastępczych, tańszych, które pozwolą przeczekać do lepszych, zasobniejszych czasów. I tu trzeba dokonywać wyborów. Przede wszystkim na kartce dzielę swoje potrzeby na pilne i ważne.
Pilne to te, które są niezbędne, ale łatwe do zastąpienia – meble, firanki, klamki, lampy. Te rzeczy wytrzymają prowizorkę. Mogę siedzieć na starej kanapie, powiesić lampiony z bibułki, w starych szafkach kuchennych spróbuję wymienić drzwiczki. Ważne to zasadnicze elementy domu – okna, podłoga, schody, łazienka. Tu nie można szukać oszczędności. Tu nie ma miejsca na kompromisy. Kto wymieniał okna albo schody wewnętrzne, kiedy już mieszkał w domu (ja to mam za sobą), ten już nigdy nie zostawi tego na potem. Kto przez lata myślał o remoncie generalnym łazienki, żeby była taka, jaką się chce, ten też dołoży starań, żeby następnym razem była ona na wyrost. Estetycznie i funkcjonalnie. Podobnie z podłogą.
■ Diabeł tkwi w szczegółach
Zbudować dom jest znacznie prościej niż go wykończyć. Wykończenie to precyzja. Dziś, odwiedzając cudze domy i przeglądając pisma o wnętrzach, coraz częściej zwracam uwagę na szczegóły. Może do takiego patrzenia trzeba dorosnąć? Może nie jest to temat dla każdego równie istotny? Gdy budowałam pierwszy dom, liczyły się ściany. Gdy przed laty słuchałam opowieści sąsiada o
0 tym, jak wywalił kolejną ekipę, bo nie umiała zrobić czegoś perfekcyjnie, dziwiłam się: o co mu chodzi? Dziś go rozumiem. Ale nadal nie ma czasów dla perfekcji wykonania. A w każdym razie nie jest ona standardem. Ale szczegóły to nie tylko kwestia wykonania. To również kwestia pomysłów i indywidualizmu. Szczegóły różnią od środka domy identyczne z zewnątrz, skazane na życie w szeregu czy mieszkania w pionie. Dziś wiem, że o charakterze domu decydują nie meble, lecz właśnie detale i ich jakość.
■ Zgrać w czasie i przestrzeni
To jest najtrudniejsze. W sprawy konstrukcji domu laik nie musi się dziś wtrącać. Dom powstaje według projektu. Zgodnie z harmonogramem lub nie, ale bez mojego udziału. Gdy przychodzi pora na wykończenie, zaczyna się zabawa w pasowanie. Zamówione indywidualnie parapety, schody, parkiety muszą pasować. Kable w ścianach wyprowadzone według własnego projektu (standard przewiduje przecież jedno gniazdko na pokój) muszą potem pasować i do grzejników, i do kinkietów. Przewód do okapu musiałam narysować z dokładnością do dwóch centymetrów i nie mam pewności: czy uda się, czy nie. Kupowanie (poza standardem „pod klucz”) sanitariatów i baterii sztorcowych (inne nie mogą być) to też dobieranie odpływów, a potem dopiero urody. To „pasowanie”, męczące i odpowiedzialne, jednak wbrew pozorom jest bardzo przyjemne – pozwala zamieszkać duchowo w domu na wiele tygodni wcześniej.
■ Wszystko musi potrwać
Sama odpowiadam za wszystkich Czytelników „Muratora”, że nie ma takiego budżetu, który by wystarczył na wszystko, tak samo stawiam na to, że żaden dom budowany w Polsce nie został oddany w terminie. Dlaczego? Składa się na to wiele przyczyn. Najważniejszą jest chyba to, że niezbudowanie w terminie nie powoduje bankructwa budującego. Budujący mają tysiące wymówek, które mnie, klienta, w ogóle nie interesują. A jednak muszę je akceptować: głównie dlatego, że gdzie indziej może być jeszcze gorzej. W sklepach nie lepiej. Gdy sama kupuję kolejne rzeczy do domu, to też czekam. Coraz okazuje się, że składam nietypowe zamówienia. Tapeta, którą wybrałam (4 rolki) – do 5 tygodni, kominek („ten typ sprowadzamy na specjalne zamówienie”) – 6 tygodni, wanna z hydromasażem („zawsze są, ale akurat skończyła się dostawa, bo była promocja”) – 3 tygodnie, piaskowiec („dopiero zaczynamy tym handlować”)
- 4 tygodnie, drzwi wewnętrzne („fabryka robi asortymentami”) – 3 tygodnie, szafki kuchenne („ma pani pecha, w sierpniu cała fabryka jest na urlopie”)
- 6 tygodni. Bez problemu jest tylko to, w czym jest największa konkurencja – ceramika łazienkowa, armatury, farby, glazura i terakota.
Jeśli się nie wie, że trzeba czekać, to można się zdenerwować. Kiedy się wie, to wszystko w porządku. Mnie się wydawało, że dzisiaj wszystko jest „od ręki”. Teraz wiem, że lato jest szczególnie trudne.
Niezależnie od wszystkich przeciwności, kłopotów i przejściowych niesatysfakcji budowanie domu jest jedną z przyjemniejszych przygód w życiu. Jeśli zaczyna się budowę, to w każdej minucie trzeba panować nad sytuacją, żeby budowa nie zmieniła się w koszmar. Dom musi być przyjemnością. Inaczej nie ma sensu.
Do redakcji piszą przede wszystkim Czytelnicy, którzy gdzieś popełnili błędy, których przerosła budowa własnego domu. Szczęśliwi i zadowoleni piszą rzadziej. Może to jest przyczyną tego, że na próżno czekaliśmy na listy od tych, którym się udało.