Niezaprzeczalnym atutem tzw. szeregówki jest to, że pod względem liczby mieszkań na hektar jest ona równie ekonomiczna jak budownictwo wielorodzinne. Jednak w klasycznej formie – długich, równych ciągów identycznych segmentów – jest dla Pawła Wład. Kowalskiego nie do przyjęcia. Osiedla takich domów nie stanowią zamkniętej całości, organizującej życie sąsiedzkie i zapewniającej mieszkańcom bezpieczeństwo. Wyglądają jakby powstały tylko po to, by na działce „upchać” jak najwięcej domów.

■ Recepta na sukces

Niechlubne przykłady budownictwa szeregowego to nie tylko polska specjalność. W Anglii widziałem skrajny przypadek – osiedle złożone z 500(!) segmen­tów szeregowych, biegnących równo wzdłuż ulicy; wszystkie były takie same. Jak w takim ciągu iden­tycznych domów odnaleźć swój? I inny przykład, tym razem z naszego podwórka – szeregówka, w której wszystkie domy są takie same, ale tylko w wersji pod­stawowej, potem – każdy buduje indywidualnie. Na jednej elewacji jest klinkier, na innej deski lub mar­mur, gdzieniegdzie daszek nad wejściem czy kolu­mienki – koszmar. A przecież nie chodzi o to, by od­różniać dom wyłącznie poprzez indywidualizację sa­mej elewacji, ale o to, by stal on w tym jedynym, niepowtarzalnym miejscu w całości, aby niepowta­rzalne było jego otoczenie, a przez to sam był niepo­wtarzalny. By każdy dom w osiedlu był komponowa­ny łącznie – urbanistycznie i architektonicznie. By w czasie projektowania zadecydować nie tylko o tech­nologii i elewacji, ale też precyzyjnie rozstrzygnąć sprawę wspólnych ścian czy dachów i do jakiego miejsca można sięgnąć okapem na działkę sąsiada. W trakcie eksploatacji nie powinno być już wątpliwo­ści, która ściana do kogo należy i czy jeden sąsiad, bu­dując oranżerię przy swoim segmencie, nie spowodu­je, że drugi będzie miał wilgotną ścianę. I to jest re­cepta na sukces. W takich osiedlach wszyscy mieszkańcy mogą się czuć jak u siebie w domu, mogą stworzyć dobrą sąsiedzką atmosferę.

■ Zespoły mieszkalne a socjologia

W latach pięćdziesiątych naszego wieku socjologowie zainteresowali się charakterystycznymi zachowania­mi grup sąsiedzkich i szkolnych pod względem wza­jemnych stosunków między uczestnikami grupy i ich stosunku do otoczenia. Dowiedli, że istnieją określone prawidła zachowywania się ludzi zależnie od liczeb­ności grupy. Największe szanse na silną integrację i współdziałanie mają grupy do 8 osób. Gdy w jed­nym miejscu (klasie, budynku) zgromadzi się 8 do 16 osób, wówczas tworzą się mniejsze grupy po 5-8 osób, z których każda ma swojego przywódcę. Nadal jednak wszyscy mogą żyć we względnej harmonii. W grupie 16- 21 osób wśród jej uczestników rodzi się at­mosfera zdrowej konkurencji (optymalna w klasach szkolnych); każdy chce być lepszy od innych, ale lu­dzie nie niszczą się wzajemnie. Powyżej 21 osób do 30-40 grupa jeszcze czuje ze sobą pewien związek, dzieli się jednak na takie grupy, które nie oddziałują na siebie pozytywnie, nie budują, lecz walczą ze so­bą. Dzieci zaczynają niszczyć zabawki, nie dbają o wspólne rzeczy – a więc jest to dokładne odzwier­ciedlenie tego, co się dzieje w dużych blokach. Powy­żej 40 osób w ogóle nie można już mówić o integracji i identyfikacji grupy.

Teorie socjologiczne doskonale dają się przełożyć na przestrzeń. I tak, gdy projektuje się osiedle małych domów mieszkalnych, można – poprzez odpowiednie usytuowanie budynków – tworzyć w nim gniazda są­siedzkie liczące do kilku rodzin. W takich małych en­klawach wytwarza się bardzo kameralna atmosfera. Przybysz z zewnątrz czuje się tam niemal intruzem, jakby wszedł do czyjegoś domu. Przestrzeń wspólną ludzie traktują jak prywatną. Dbają o wspólne po­dwórko i bez kłopotu się dogadają, kto na przykład będzie strzygł wspólny trawnik. Jeśli tworzy się większą grupę sąsiedzką – z kilkuna­stu rodzin – trzeba pamiętać, że zawsze część człon­ków grupy będzie chciała być lepsza od pozostałych, wyróżnić swój dom, stosując lepszą elewację i droż­sze materiały wykończeniowe. W przestrzeni wspól­nej trzeba wówczas wyraźnie wydzielić mniejsze czę­ści, bo i tak ludzie będą je dla siebie anektować. Po­dzielić wspólny trawnik, parking, postawić więcej trzepaków czy śmietników. 30-40 rodzin żyjących obok siebie to już za dużo. W takich zbiorowiskach wspólne dobro jest niszczone i traktowane jak niczyje, a mieszkańcy oddziałują na siebie agresywnie. Gdy rodzin jest ponad 40, ludzie nie chcą mieć już ze sobą nic wspólnego, są obojętni na siebie i otoczenie.

Oczywiście nie chodzi mi o to, by przy projektowaniu osiedli małych domów mieszkalnych stosować mate­matykę: 8-16-21 rodzin, ale by aspekt socjologiczny był w ogóle uwzględniany. Inaczej rezultaty są takie, jak widać na obrzeżach większości polskich miast – anonimowe szeregówki w anonimowych osiedlach i pilnowane przez strażników zamknięte enklawy, w których ludzie żyją pełni obaw.

■ Przestrzeń publiczna i prywatna

Gdy w osiedlu małych domów mieszkalnych projektu­je się gniazdo zabudowy, to nie można osobno projek­tować ulicy, osobno domów. Te rzeczy muszą stano­wić pewną całość i dopiero wtedy wpływają na siebie wzajemnie, tworząc pożądany nastrój, specyficzną at­mosferę gniazda sąsiedzkiego i całego osiedla. Bardzo ważne jest też, by wyraźnie określać granice między przestrzenią publiczną, z której wszyscy wspólnie korzystają i wspólnie za nią odpowiadają, a prywatną, która należy wyłącznie do właściela do­mu, musi więc zapewniać intymność i bezpieczeń­stwo. Jeżeli granica między nimi jest zatarta, odbywa się to kosztem poczucia bezpieczeństwa. Aby uchro­nić się przed intruzami, mieszkańcy takich osiedli za­kładają alarmy, fotokomórki, kamery. Ich domy stają się małymi twierdzami.

■ Harmonia i bezpieczeństwo

Staram się ludziom projektować takie domy, które do­kładnie wpisują się w naturalne pragnienia każdego człowieka – mieszkania w dobrym, wygodnym, przy­jaznym i bezpiecznym domu. Moje projekty nie są efektem wymyślania nowych kompozycji i poszuki­wania na siłę tego, czego jeszcze nikt nie wymyślił. Nie jest to więc może architektura, która szokuje, czy nadaje się na okładkę, ale właśnie taka ma szansę przetrwać.

Znam ładne i zadbane osiedla domów, w których lu­dzie czują się nieswojo i po kilku latach wielu nie chce już tam mieszkać. Bo stoją tam awangardowe domy, które na początku – jako inne w całej okolicy – stanowiły pewną atrakcję, ale w czasie użytkowania okazywało się, że ich forma nie odzwierciedla tego, co ludzie chcieliby mieć w swoim domu, czyli ciepło, po­rządek, bezpieczeństwo. Pracując nad oryginalnością formy zagubiono gdzieś naturalność i harmonię, która powinna wynikać z połączenia wszystkich elementów budynku. A jeśli elementy architektury domu czy osie­dla nie nawiązują do siebie, nie tworzą harmonii, nie wynikają jeden z drugiego, nie łączą się w spójną ca­łość, to ma się wrażenie, że z każdym z nich jest coś nie w porządku. Rodzi się niepokój, czy dom jest rów­no zbudowany, strop dobrze położony, a wiatr nie roz­wali dachu. Czy brak okapu nie spowoduje, że dom za chwilę zbutwieje i zgnije od wilgoci. Wolę więc two­rzyć z pokorą, ulepszać, przekształcać tradycyjnie har­monizujące z naturą człowieka formy architektonicz­ne, zgodnie z charakterem miejsca i krajobrazem. Tu pierwiastek autorski polega na czymś innym niż nadą­żanie za modą i pseudoawangardą.

■ Zgodność miejsca i przestrzeni

Niezwykle ważną zasadą przy projektowaniu małych zespołów mieszkalnych jest to, aby tworzyć taką za­budowę, która nawiązuje do otoczenia, jest logiczna, na miejscu. Tylko wtedy można wykorzystać wszelkie walory tego miejsca. Budowanie na przykład typowo mieszczańskich kamienic jako szeregów domów stoją­cych w szczerym polu, na obrzeżach miasta, w otwartym krajobrazie (znam liczne tego przykłady) – to to­talne nieporozumienie z punktu widzenia architektoniczno-przestrzennego. Bo przecież forma kamieni­czek naturalnie wynika z parcelacyjnego układu stare­go miasta i tradycyjnych form zabudowy i każda z nich powinna być budowana jako indywidualne, skończone dzieło, realizowane przez pojedynczego in­westora, a nie z taśmy – jako ciąg identycznych do­mów. To jest podobne nieporozumienie, jak gdyby ktoś rezydencję czy dworek postawił na wyasfaltowa­nym placu, zamiast w parku na tle bujnej zieleni. Nie­ważne, że sam dom jest piękny i porządnie wykona­ny, liczy się to, że jest zupełnie wyrwany z kontekstu.

■ Co może architekt

Przede wszystkim zależy to od tego, co klient zama­wia u architekta. Jeżeli zamawia projekt, czyli zapro­jektowanie od początku czegoś, co w całości zaspokoi jego potrzeby i ambicje, których on sam nie jest w stanie ubrać w formę architektoniczną, to pole do popisu może być ogromne. Gdy przychodzi z gotową koncepcją, własnym projektem i prosi tylko o przygotowanie dokumentacji i narysowanie projektu – to możliwości architekta są bardzo skromne. Kilka lat temu zdecydowałem się podjąć bardzo trud­ny temat – zaprojektować niewielkie osiedle domów mieszkalnych na terenie, na którym układ zabudowy był z góry narzucony przez Urząd Miejski (osiedle Spo­kojna w Gdyni – prezentowaliśmy je w „Muratorze” 2/96). Na wydzielonych działkach głębokości 30 m, które tworzyły prosty układ szeregowy, miałem stwo­rzyć zabudowę o zupełnie innym charakterze – w po­staci małych, kameralnych enklaw.

To było moje pierwsze osiedle, przy projektowaniu którego usiło­wałem przełamać tak wiele stereotypów. Nie zaczyna­łem od tego, że działka ma określoną szerokość, że trzeba zachować odpowiednie odległości i dopiero potem stawiać dom. Ja zaprojektowałem dom, który zestawiałem w taki sposób, by stworzyć kameralną zabudowę, a jednocześnie, by deweloper, który kupił ten teren, mógł sprzedać maksymalną liczbę domów. Wszystkie domy są małe i bardzo proste – klinkier i drewno na elewacji, kolorowa dachówka – a cała atrakcyjność osiedla powstała dopiero z zestawienia ich ze sobą. Chociaż tworzą one układ bardzo gęstej zabudowy domów bliźniaczych i krótkich ciągów, ma­ją standard i komfort domu wolno stojącego. Ciągi domów są załamane albo cofnięte względem uliczki wjazdowej – to jest wszystko, co mogłem zrobić, dys­ponując tak małą głębokością działek od ulicy. Niestety, nie do końca mogłem mieć wpływ na wy­gląd tego osiedla. Zastanawiające jest, że w Polsce lu­dzie koniecznie muszą mieć granice swojej własności podkreślone płotem. Tutaj, gdy domy zostały przeka­zane na własność, mieszkańcy zaczęli stawiać wyso­kie płoty od frontu budynku, gdzie przestrzeń jest wspólna. Nie wygląda to dobrze przy niskiej zabudo­wie i domach stojących bardzo gęsto. Jeśli więc moż­na projektować domy od samego początku, łącznie z ulicami, to jest szansa, że powstanie coś zwartego i konsekwentnego, że uniemożliwi to samodzielne, nie zawsze trafne działania.

■ Dogmaty prawa budowlanego

W trakcie budowy osiedla na Spokojnej pojawiło się wiele problemów, świadczących o tym, że polskie pra­wo budowlane nie jest jeszcze przygotowane do reali­zacji takich zespołów. Po pierwsze sprawa krawężnika. W osiedlu na Spokojnej zaprojektowałem ciąg pieszo- jezdny bez krawężnika (jest on tylko zaznaczony linią ciągłą z czerwonej kostki brukowej). Między innymi dzięki temu udało mi się stworzyć tam taką kameralną atmosferę. Tymczasem według przepisów krawężnik jest miejscem świętym, bo buduje porządek całej okoli­cy – od niego ustala się odległość domu od ulicy (min. 8 m), pozwala on określić taksę podatkową, a ponadto wyznacza granicę, do której właściciel domu musi sprzątać teren przed domem. Było więc sporo trudno­ści, by urząd miejski przyjął ulicę do eksploatacji.

I kolejna kwestia: odległość pomiędzy sąsiadującymi budynkami, a właściwie pomiędzy pomieszczeniami mieszkalnymi w sąsiadujących domach. Jeden dom w osiedlu jest nadal nie zasiedlony – nie został przy­jęty do eksploatacji, ponieważ jego właściciel prze­znaczył stryszek nad garażem, który stoi na granicy działki, na sypialnię (czyli pomieszczenie mieszkalne) zamiast na przykład na suszarnię (pomieszczenie użytkowe). W ten sposób cała ta część budynku na­brała cech mieszkania, wobec czego wymagana odle­głość między sąsiadującymi domami nie jest zacho­wana. Dla urzędników nie ma w tej sytuacji znacze­nia, że właściwie nic się nie zmieniło, bo nadal nikt nikomu nie zagląda do okien i nie zaciemnia pomiesz­czeń. Dowodzi to jednak również tego, że każda, na­wet najdrobniejsza zmiana w gotowym projekcie mo­że spowodować nieobliczalne konsekwencje.